Wojciech Błaszkowski

Motto: trust, but check

Archive for the 'Pan Ślimak' Category

Pan Ślimak w zamkniętym muzeum

..ocknął się. W wielkiej sali panował półmrok. Podniósł głowę znad stołu, ból karku od razu dał o sobie znać. Rozmasował powolnie, chwiejnie wstając z krzesła. Podprał się ręką o biurko i rozejżał wokół - czując jak historia, z którą obcował na codzień zdaje się patrzeć w niego. Spojżał na zegarek. Myśli niepewne przebiegały mu teraz przez głowę niczym panorama drzew za oknem pędzącego pociągu. “Ktoś mnie ogłuszył” - pomyślał i zaraz potem odwrócił się i spiesznym krokiem udał się do swojego gabinetu. Szuflady, których zawartość znalazł na podłodze, podobnie wypruta zawartość szaf i biurka, rozlana na dywanie whyskey, potłuczona część skromnej zastawy - takim zastał swoje miejsce codziennej pracy. Wyszedł. Najistotniejsze rzeczy i tak znajdowały się w miejscu, które jako jedyne uważał za bezpieczne - w jego własnej głowie. Ból karku nie przestawał dawać o sobie znać. Pan Ślimak zabrał płaszcz i parasol z garderoby koryrarza i udał się do drzwi. Nacisnął klamkę - zamknięte. “Moje klucze” - pomyślał sięgając do pustej kieszeni płaszcza. Przeszukał drugą i kolejną kieszeń, po czym wrócił do biura. W nieładzie pojedynczych kartek papieru, dokumentów oraz książek nie mógł znaleść praktycznie niczego, co mogłoby przydać mu się w danej chwili. Telefon na policję nie był by tu najlepszym rozwiązaniem. Chwycił przewrócone krzesło i postawił je. Usiadł w zamyśleniu. Nie wiedział dokładnie, kto przeszukał jego biuro, wiedział natomiast czego szukano.

w przestrzeni

..głośnym smiechem. Pociągnął drążek i wstrzymał oddech - samolot wzbijał się wyżej i wyżej. Poczuł jak przyspieszenie wtłacza go w fotel. Wszędzie rozciągało się bezkresne niebo, oddające całą swą czystość błękitu. Leciał teraz prosto w słońce, nie myśląc o niczym. Przestrzeń wydawała się wypełniać wszystko to co otaczało, jednocześnie tchnęła ona pustką nieprzebraną, mogącą pomieścić wszystkie jego problemy i zmartwienia - nic w zamian nie żądając. Przeciwnie - bezkres dawał mu poczucie swoistego bezpieczeństwa, wewnętrznej mocy.
Lecieli dalej - do Afryki.

deszczowy wieczór

..czarno tak i głucho. Pan Ślimak podszedł do okna, gasnące światła latarni ponuro rzucały promienie na tonące w struchach deszczu ulice. Wzdrygnął się i poprawił koc zarzucony na ramiona. Podszedł do biurka i podkręcił nieco lampę naftową. Śwatło żywym blaskiem zaczęło skakać po meblach i ścianach - wesołe, jak dzieci śmiejące się podczas zabawy w piasku. Założył okulary. Wziął do ręki jeden z dokumentów i szybkim ruchem odłożył go, jakby sobie o czymś przypomniał. Znów podszedł do okna. Tak! Przecież widział! Nerwowym ruchem zdjął okulary, spojżał na jedną z odległych latarni. Spostrzegł stojącą pod nią postać..

Anioł i Pan Ślimak

Szary anioł o skrzydłach postrzępionych złem wyciągnął swój srebrny sztylet. Odrzucił splamiony krwią podły kawałek materiału, po czym otarte ostrze zniknęło. Ciało po kilku godzinach wystygło, uwalniając duszę. Anioł odszedł.